Dzisiaj: Juliusza Lukasza
Kazimierz Ivosse

Kazimierz Ivosse

Kazimierz Ivosse - pisarz, poeta, dramaturg, publicysta prasy polonijnej "Dziennik Polski" (Londyn), "Teczka" (Paryż), a także czasopism w NIemczech, gdzie mieszka na stałe od 1988 r.("Kurier", "Nasze Słowo" i "Samo życie". Członek Pisarzy Polskich za Granicą (Anglia) oraz Polskiego Stowarzyszenia Autorów, Dziennikarzy i Tłumaczy w Europie A.P.A.J.T.E (Francja). Autor 16 powieści, trzech tomików wierszy, sztuk teatralnych i słuchowisk radiowych.
październik 3, 2017

Nasza wiara w Boga a wojna…

Nasza wiara w Boga a wojna…

 

W tych smutkach i utrapieniach ostatnich choćby dni po kataklizmach pogodowych buntującej się natury; nawałnicach, trzęsieniach ziemi, powodziach, powtarzających się atakach terrorystycznych, groźbach szaleńca z Korei Północnej, rysujących niebo smugami coraz bardziej doskonałymi rakietami, odwetowych groźbach, nie wspominając już o wielkich manewrach wojskowych „Zapad’2017” w bliskości naszych granic, manewrach wojsk natowskich i dozbrojeniu sił militarnych stacjonujących tu, u nas, wojsk amerykańskich i ostatnio powiększonej ich liczbie, czy wszystko to może oznaczać coś najgorszego…wojnę? Czy rzeczywiście świat znalazł się raz jeszcze na skraju przepaści? Czytam ostatnio książkę pt.: „Nasza wiara w Boga a wojna” autorstwa prof. Józefa Jatscha wydaną w Polsce  w roku 1916, nakładem i czcionkami Drukarni „Głos Narodu” w Krakowie własnym sumptem jej tłumacza ks. Jana Głąba P.W.D., który w poczuciu patriotyzmu, dochód ze sprzedaży przeznaczył na Zakład Sierot po Poległych w Boju Polskich Żołnierzach. Książka o rok wcześniej wydana była we Fryburgu w firmie wydawniczej B.Herdera i zawiera dziesięć apologetycznych kazań głoszonych na nabożeństwach akademickich kościoła św. Klemensa w Pradze, gdzie kaznodzieja był wykładowcą na Uniwersytecie Niemieckim im. Karola Ferdynanda. W przedmowie autor uzasadnia wybór tematyczny kazań… „Zjawiskiem towarzyszącym przeżywanemu przez nas gwałtownemu wstrząśnieniu narodów jakim jest wojna” , pisze „jest bezsprzeczne obudzenie się ducha religijnego tak żywej działalności w modlitwach i nabożeństwach, jakiej nie spodziewali się, ani przyjaciele, ani wrogowie religii”. Czy my w tych czasach nie przeżywamy również przebudzenia do trwałego życia religijnego? Odpowiedzmy sobie sami w duchu. Jego kazania były zatem próbą skierowania obudzonego przez wojnę uczucia religijnego na właściwe tory. Mnie osobiście zainteresowało to, co napisał o naszym Janie III Sobieskim, cytuję „Nie jest prawdą, że Bóg staje zawsze po stronie silniejszych, dowodzą tego dzieje minionych wojen. Oblężenie Wiednia przez Turków w 1683r., niewielka była wówczas ilość mieszkańców grodu w porównaniu z potężną armią turecką. Wcześniej straszliwa dżuma szalała w Austryi dolnej, pochłaniając setki tysięcy ofiar. Może niespełna 20 tys. mężczyzn stało na murach. Także wojsko posiłkowe, które pod wodzą króla polskiego zjawiło się  na Łysej Górze, nie dorównywało pod względem liczebnymi ogromnej armii tureckiej. Sam król polski- dziecko przed obliczem Boga- służył do Mszy Św., którą w dniu bitwy nad ranem odprawiono. I jakiem on potem zajaśniał bohaterstwem w obliczu wroga!  Z okrzykiem: „Bóg naszą obroną” i z pieśnią „Boga-Rodzica-Dziewica, Bogiem sławiena Maryja”, rzucił się na czele swego rycerstwa na bisurmańską hordę i odniósł zwycięstwo. Turcy uciekli w popłochu z pola walki i od tej pory już nigdy nie zapuszczali swoich zagonów tak daleko w głąb Europy…” Modlitwa wyposaża nas siłą duchową, mówił kaznodzieja, a ta jest ważniejsza od siły cielesnej. I miał rację ponad sto lat temu…

NIEPODLEGLI....słowo to posiada wiele znaczeń, zaś w historii naszego narodu wyeksploatowane zostało niemalże do końca. Długa jest lista tych przeciwko którym powstawaliśmy z upadku na kolana ze swojej piędzi ojczystej ziemie i z ziemi obcej. Wiele bywało wschodzących zórz, jutrzenek, przedświtów zwiastujących Polakom słoneczny dzień mamiących nadzieją, że oto wreszcie...Są słowa nieposłuszne, bywają słowa niczym grobowe kamienie.I są słowa jak oddech śpiącego dziecka; lekkie,zwiewne,ulatujące gdzieś w dal. Są też słowa grzmiące jak górski potok w listopadową noc, w grudniowe i styczniowe noce, we wszystkie noce minionych stuleci. Wystarczy wczytać się w księgę polskiej historii. Usłyszymy je wszystkie poznając,co z nich zrodzone i co w nich umarłe. Łańcuch pokoleń spoczywa tam z coraz bardziej rdzewiejącym napisem: ZA NIEPODLEGŁOŚĆ . Odświętny,listopadowy blask świec, wydobywa literka po literce zrozpaczonym matkom i ojcom sens istnienie ich synów i córek, wydobywa z mroku sens ich walki. Jeszcze wczoraj na jednym z wielkich cmentarzy warszawskich widzieliśmy bladą załzawioną twarz jednej z takich matek, a potem i ona zniknęła w pomroce zapadającej nocy. Nasze matki noszą w sobie ból całego świata. Od ilu to już stuleci łzy żłobią na ich policzkach bruzdy, od ilu stuleci kołacze w ich sercach nadzieja, którą zwą matką głupich. Po kładce czasu przechodzimy z pokolenie w pokolenie z łopocącym sztandarem z napisem: NIEPODLEGŁOŚĆ. Pisał poeta:"Buntowałem się, ale sądzę, że ten skrwawiony węzeł powinien być ostatnim, jaki wyzwalający się potarga... "  To Zbigniew Herbert. Ostatni węzeł, czerwcowy, grudniowy, sierpniowy, wiosenny, węzeł...Podlegli komuś, czemuś. Módl się, synku. Módl się, jesteśmy już blisko drugiego brzegu. A patrząc na to wszystko co dzieje się w naszym kraju zda się, że ten drugi brzeg jeszcze daleko. Daleko drugi brzeg...To zasłyszana kołysanka czy może krzyk rozpaczy? Już nad kolebką matczyne ręce utkały śmiertelne koszule dla przyszłego powstańce, dla pacholęcia z wielkim werblem u boku. Urwis Gawroche z barykady paryskiej, legionista, czy dwunastoletni ochotnik Powstania Warszawskiego Witold Modelski w zbyt wielkim hełmie z biało- czerwoną przepaską. A ci młodzi z Katynia, spod Monte Cassino. A ten niesiony na ramionach robotników ?  Ilu z nas jeszcze i po jaki czas ? Studnia wieków. NIEPODLEGŁOŚĆ najcierpliwsze ze słów, uparte, dumne  ale też wyświechtane przez zajadłych wrogów, których nie brakuje u nas. Ale to wiecznie żywe słowo, pulsujące niczym krew w aorcie nadziei. Idziemy! Idziemy w nową przyszłość,  a wam nie po drodze z nami. Idziemy razem ku ostatnim być może ze wszystkich drzwi. Nad nami płonie biało-czerwone niebo prawdy, że miłość do Ojczyzny nigdy nie zagaśnie.
czerwiec 22, 2017

Warto wierzyć

Warto wierzyć... Słowa te wybierają wszystko w sposób najprostszy. I co może nas przejąć w taki uroczysty dzień, że niebo i ziemia pozostają takie same od roku 1264, kiedy to papież Urban IV ustanowił to święto - Boże Ciało. Ludzie oczekują od wiary sensu życia, a przecież życie w wierze jest owym sensem samym w sobie. Ktoś powiedział mi: potrzebne mi jest minimum dobrego samopoczucia, aby wierzyć. Najbardziej dokuczliwy rodzaj ludzi, którzy gadulstwem o wierze, już dostępują dobrego samopoczucia, rozgrzeszając się ze swojej niewiary, lub też wiary płytkiej, nijakiej. Wiaro zejdź w moje oko. Wiaro, rozpłyń się w mojej krwi. Wiaro, zstąp w moje usta, wpłyń na mój język. Dla wielu rzeczy człowiek potrafi się otwierać, bywa jednak, że na wiarę pozostaje zamknięty i nieprzenikniony. Rzecz jasna, iż nie można wejść do wnętrza majowego deszczu, gradu, wichru, kamienia, drzewa. One są dla nas zatrzaśnięte niczym wieka trumien. Ale można wejść do otwartego dla każdego z nas domu wiary. Ale nie filozofujmy. Anna Kamieńska pisała w swoich dziennikach, będąc po wielu latach swojej niewiary na drodze do Boga...pisała: Wyobraźmy sobie człowieka przedhistorycznego z okresu kultu niedźwiedzia: oto w nocy, skulony na barłogu z liści słyszy, jak gdzieś blisko w krzakach szamoce się jego bóg i z głuchym pomrukiem stąpa, a pod jego łapami trzaskają gałęzie. A potem znika - na długie zimowe dnie i noce, najcięższe, najciemniejsze, burzliwe. Wtedy bóg chrapie w odległej o rzut kamieniem jaskini, obojętny na losy ludzi... Zdarzało się czasami dzikiemu człowiekowi upolować boga, albo znaleźć go martwego. Tedy wlókł jego cielsko do swojej kryjówki, obierał z mięsa, zaś kości wyssawszy ze szpiku, układał w kształt koła wokół jaskini. Myślał pewnie, że ten jego bóg będzie go chronił od innego boga. Nocny strach i nikła nadzieją ludzka, a może to właśnie początek wiary? Pismo Święte mówi o tych początkach inaczej, ale czy my na co dzień czytamy tę Księgę Prawdy? Cóż, w tym naszym życiu wszystko zdaje się być pomieszane i rozproszone. Chwytamy zaledwie jego okruchy. Mówimy, nie ma miłości, nie ma przyjaźni, nie ma wzniosłych rzeczy w stanie idealnym. Pewnie w tym zamieszaniu gubi się też nasza wiara. A działanie ducha dla wielu wydaje się być dookolne, okrężne. Czy winna jest nasza niedoskonałość umysłowa, a może lenistwo w tym, co winniśmy tworzyć w codziennym myśleniu? Czy nie jesteśmy czasami podobni do biednych ludzi ociemniałych, którym tak trudno przychodzi mówić o kolorach, w które ten świat jest tak obfity za sprawą ręki naszego Boga? Ostrożność, czasami też nieufność w stronę wiary, to nasze kalectwo. Kuśtykamy, wspierając się o kij bojaźni i bezdomności naszego serca. I dlatego tak często poddajemy się współczesnemu toteizmowi czyli czci jakiejś idei, grupie społecznej uformowanej w tę czy inną partię.
Zatem czas, abyśmy pozbyli się lenistwa wiary, umysłu i czynu, gdyż naprawdę... warto wierzyć!
Minął Dzień Języka Ojczystego (Międzynarodowy). Obliczono, że zginęło około 13 tysięcy narzeczy i języków. Pozostało ich od 6 - 7 tysięcy. Na pytanie dlaczego, ongiś padła znamienna odpowiedź: z racji głupoty człowieka. Urszula Ledóchowska nie była politykiem, zawsze lubiła szorstką prostotę, nieśmiałość, rezygnację z wielkich i pięknych słów. Wiedziała, że właśnie taki powinien być język współczesnego jej apostolatu, język mądrego milczenia i samej obecności. A była z dziećmi zawsze. W miejscowości Czarny Bór pod Wilnem w roku 1919 została założona szkoła powszechna. Od roku 1927 opiekę nad tą szkołą obejmuje właśnie matka Urszula Ledóchowska. Grupę polskich i zagranicznych pisarzy i poetów w ten majowy czas gościło wspaniałe grono nauczycieli z dyrektorem placówki p. Jasiulewiczem i oczywiście uczniowie, którzy przygotowali przepiękny, patriotyczny koncert. W chwili obecnej naukę w szkole pobiera 248 uczniów. Opiekę pedagogiczną sprawuje 41 nauczycieli, wśród których 12 pedagogów to wychowankowie tej szkoły. Oczywiście Szkoła Średnia w Czarnym Borze nosi imię św. Urszuli Ledóchowskiej. „To miejsce pełne jest łaskawości tej mądrej zakonnicy", powie przed kamerami telewizji wileńskiej Romuald Mieczkowski, inicjator poetyckich „Majów nad Wilią'' którego byłem uczestnikiem. Samodzielna polska szkoła w Czarnym Borze w dobie komunistycznej hegemonii Rosji Radzieckiej, nie miała łatwego życia. W ramach akcji „100 szkół dla Wileńszczyzny" w roku 1933 oddano do użytku nowy, drewniany budynek. Po wojnie oczywiście „jak grzyby po deszczu" powstawały klasy rosyjskie, także litewskie, aby w końcu staraniem ludności polskiej tu osiadłej, szkoła stała się trójjęzyczną. W roku 1992 decyzją pełnomocnika Rządu Republiki Litewskiej na region wileński, szkoła w Czarnym Borze zostaje zreorganizowana na rosyjską i polską, wtedy też powstaje samodzielna Szkoła Średnia z polskim językiem wykładowym.  Jej dyrektorką zostaje p. Janina Lebrikienć.  W świat wychodzi pierwsza promocja maturzystów. Dopiero w roku 2002 (30 października) decyzją Rady Samorządu rejonu wileńskiego, szkoła otrzymuje imię Urszuli Ledóchowskiej. Obecny dyrektor p. Mieczysław Jasiulewicz pełni tę funkcję od 1996 roku. Wspaniała to postać człowieka oddanego całym sercem polskości. W roku 1999 szkołę odwiedził prezydent Republiki Litewskiej Waldas Adamkus.  Miejsce to odwiedzane jest przez niemal wszystkie grupy wycieczkowe z Polski, do czego i ja w tym miejscu namawiam. Corocznie w szkole odbywa się wiele imprez. Tradycją stały się uroczystości z okazji ślubowania „pierwszaków", przedstawienia jasełkowe, łamanie się opłatkiem, dzień Babci i Dziadka. Rozpoczęcia i zakończenia roku szkolnego zawsze poprzedza Msza św.  Działają tu liczne kółka zainteresowań: informatyczne, tańca estradowego, muzyczne, teatralne, piłki nożnej, krajoznawcze, plastyczne itd. Szkoła otwarta jest na współpracę z innymi szkołami i organizacjami młodzieżowymi, nie tylko na Litwie. A to Litwa walczy z językiem polskim, co należy wyraźnie podkreślić...

PS: z Hymnu szkoły:
Matko Urszulo, przeszłaś przez Życie
Z jasnym uśmiechem dobroci.
Naucz odnaleźć w szarych zajęciach
Codzienną ścieżkę radości.

Ref. Szkołę naszą miej zawsze w opiece,
Spójrz łaskawie na nasz kraj.
Naucz nas twą drogą iść wytrwale
I uśmiechu Twego promyk daj.
Tyś zaszczepiła polskiego ducha
Troskę o polską mowę.
Przykładam jest nam Twoje życie,
Wskazówką są Twoje słowa.
kwiecień 28, 2017

Smolna cisza mchami......

Smolna cisza mchami ścieli im posłania
Na sarkofagu z gliny - zamazana data
I tylko świerszczy niesie się żałobne granie
Brama tego piekła jak tiurmy krata

I ława oskarżanych pozostanie długo pusta
Z prawdą obłuda tu się nie połączy
Do bólu mam dziś zaciśnięte usta
Pod niebem ikony bezsilność się sączy

W mgłach całunów i kirów żałobnych powłoce
W czarnej skrzynce serca znaki zapytania
Nie nada nie ważna eto wsio w pomroce
Klucz zgubiony kiedyś do mego mieszkania

Znów bieży skarga przez katyński las
Orzeł biały niczym żebrak w poniżeniu
Tężeje ból bólów w ten okrutny czas
Za wysoko za daleko prawda w kłamstwa cieniu
marzec 24, 2017

Żydzi w Jarosławiu

Ukazał się reprint wydanego w Jarosławiu w roku 1933 opracowania Mojżesza Steinberga właśnie pod powyższym tytułem, obejmujący okres czasu (jak zaznaczył autor) od najdawniejszych, do połowy XIX wieku. Reprint wydany został starannie w Drukarni Kolor-Druk w Jarosławiu, zaś użyczył go do wydania ze swoich bogatych zbiorów „jarosławianów", Jerzy Czechowicz. Steinberg w przedmowie stwierdza, odnosząc się do dziejów naszego miasta, że jego dziejopisarze ks. Franciszek Siarczyński (Wiadomość historyczna i statystyczna o m. Jarosławiu - rok wydania 1826), jak i „jego następca" dr Mieczysław Orłowicz (Jarosław jego przeszłość i zabytki) „poświęcili bardzo mało miejsca historii Żydów w Jarosławiu", co uniemożliwiało wyrobić sobie nawet ogólny pogląd na dzieje żydowskie w Jarosławiu. I z tego też powodu autor, chcąc przysłużyć się Gminie Żydowskiej (gdzie się wychował i spędził swoje lata młodzieńcze), zaczął pisać swoją monografię „dla przyszłych pokoleń". Z pewnością chwała mu za to nie tylko ze strony jego współbraci, ale także nas, jarosławian. Magistrat jarosławski niestety, ale w tamtych latach, nie dysponował zbyt bogatym materiałem archiwalnym oraz źródłami bibliograficznymi, stąd autor czerpał „fakta i dane historyczne" z tzw. pinaksów m. in. Towarzystwa Pogrzebowego „chewra kedisza", pinaksu „szomrim labojkier", pinaksu kahału przeworskiego itd. Szołem alejchem! Witaj znów Mojżeszu Steinbergu w naszym mieście. Nie da się tu z braku miejsca, streścić książeczki, należy ją kupić i przeczytać samemu. Autor nie tylko zaznajamia nas z historią jarosławskich Żydów, ale także wprowadza w świadomość narodową swego tułaczego ludu, który jak żydowska literatura, nie miał jednego kraju, ale wiele krajów i to aż od epoki arabsko-hiszpańskiej. Żyd wieczny tułacz, którego miejscem pobytu stał się cały świat, w tym Polska. Autor obala przypuszczenia wspomnianego dr Orłowicza „jakoby Żydzi osiedlili się w Jarosławiu jeszcze za czasów Kazimierza Wielkiego (XIV w). Udowadnia nam, że „pierwszy snop światła na sprawę osiedlenia się Żydów w Jarosławiu, rzucił rabin Majer ben Gedalje z Lublina, zwany Mharam Lublin". Otóż wedle niego było to na krótko przed rokiem 1608 (rok 5368 wedle ery żydowskiej) jako, iż uczestniczył on w zwołanym tu sejmie żydowskim. Jako podstawę swojego osądu co do wcześniejszej bytności Żydów w Jarosławiu, przetacza pewien przykład, otóż kiedy na owym sejmie chciano w sobotę odczytać bieżący rozdział tygodniowy Tory, nie znaleziono jej w mieście (choćby jednego rodału) „ i musiano osobno sprowadzić jedną Torę z Przemyśla". Cóż, czy ten jeden przykład może podważyć kwestię wcześniejszego osadnictwa u nas Żydów? Autor jednakże traktuje tę sprawę jako... nić Ariadny, czyli po nitce do kłębka prawdy i nie widzę tu powodu do sporu w tej materii. Jedno jest pewne, że poza czasem i poza miejscem, historia Żydów jarosławskich wiąże nas i łączy. W ciągu swojej długiej historii naród żydowski czerpał soki żywotne i z naszej gleby, z naszej też kultury, tworząc własną, wykorzystując ją w swojej wędrówce dziejowej. Stare źródło pozostawało święte i niezmienne. Żydzi jarosławscy czerpali z niego, nie roniąc ani kropli i temu też przysłużyła się nasza polska tolerancyjność. Drugie źródło stale z konieczności musiało zmieniać swoją zawartość, wymagając ciągłego uzupełniania. Praca Mojżesza Steinberga zaświadcza o tym. Napisana po polsku, nie w języku Jidysz, odbita została w drukarni S. Litmana w Jarosławiu i dziś po z górą siedemdziesięciu latach została wznowiona dla wspólnego dobra, nade wszystko zaś... wiedzy.
marzec 1, 2017

Katyń

Pamięć trwać musi. Pomiędzy 15 a 19 sierpnia 1991 r. w Miednoje wydobyto 243 szczątki osób polskiego pochodzenia. Komunikat ten brzmi sucho, ale nasza pamięć w tych rocznicowych dniach mokra była od łez. Masowy mord bezbronnych jeńców polskich woła o pomstę do nieba. Zwrot ten jest przenośnią, albowiem zbrodnia ludobójstwa winna być rozliczona tu, na ziemi. To po ponad półwieczu kwestia wciąż żywa, boląca i paląca. Jest faktem, że do lat dziewięćdziesiątych jedynie emigracja polska na świecie głosiła prawdę o tej zbrodni przed „zamilkłym" krajem i zastraszająco obojętnym światem. Ta niepodległościowa emigracja piętnowała to zobojętnienie, obłudę i zakłamanie. Dostawały się jej cięgi od komunistycznej władzy. Nie ostudziło to uporczywej pamięci; ukazywały się publikacje książkowe z takim trudem przedostające się do Polski, wyrastały budowane przez diasporę polską pomniki, znajdowały swoje miejsce tablice upamiętniające. Odbywały się systematycznie żałobne modły, rocznicowe akademie i pochody. Ukazywały się liczne artykuły w prasie polonijnej. I dzięki temu właśnie tej prawdy nie udało się ukryć. Fałszowały ją sowieckie środki przekazu, także nasze, polskie publikatory. Szkoda, że w prasie krajowej tak mało pisało się w tym roku o dokonaniach w sferze pamięci polskiej diaspory rozrzuconej po świecie. Nie pisało się o zawstydzającym umywaniu rąk przez rodzimych komunistów, a także przez „możnych Piłatów" zachodniego świata.
Prawda przetrwała w ukryciu wyszła z podziemia. Katyń stał się nareszcie symbolem zła i nienawiści. Pogrzebani w masowych grobach polscy jeńcy w tymże Katyniu, Miednoje, Charkowie i innych miejscach kaźni teraz jeszcze odkrywanych, bądź pozostających do odkrycia, wyciągają w naszą stronę piszczele rąk, pokazują światu miejsce, gdzie wwierciła się kula z „nagana". Każdy znaleziony guzik munduru staje się żywą relikwią. Jeniecka martyrologia weszła na ekrany naszych kin za sprawą Andrzeja Wajdy. Pamięć trwać musi. W roku 1985 na Międzynarodowym Kongresie Sowietologicznym, który odbył się w Harrogate, znany publicysta prasy polonijnej w Anglii Zdzisław Jagodziński podniósł problem nieskrępowanego dla badaczy dostępu do archiwów sowieckich. Nie wierzył, że tak szybko pęknie tama zakłamania. Nikt nie wierzył. Komunistyczna scena polityczna i koła rządowe III Rzeczypospolitej nadal usiłowały wyciszyć sprawę. Były nawet próby pomniejszenia wymiaru polskiej ofiary i narodowej straty. Pamiętamy chwiejącą się na nogach postać polskiego prezydenta na miejscu kaźni. Spotkało się to z szerokim potępieniem opinii publicznej, Rodzin Katyńskich, Instytutu Katyńskiego, Komitetu Historycznego Badania Zbrodni Katyńskiej i innych, licznych stowarzyszeń oraz środowisk inteligencji katolickiej. Pamięć daleka i pamięć bliska...Katyń. przy słowie tym, jakże złowieszczym, pamięć nasza trwać musi...


jaroslawinfo/blogi
styczeń 26, 2017

​Chleb Boży

Minęły święta Bożego Narodzenia. Dobiegają W Niemczech wizyty duszpasterskie kapłanów z Polskich Misji Katolickich. Dar ten jest niczym innym, jak publicznym przyznaniem się do wspólnoty katolickiej, jest naszą prośbą o błogosławieństwo Boże dla domu, jest znakiem jedności ze wspólnotą oraz żywej więzi Kościoła domowego z Kościołem powszechnym. Bywa, że wiele drzwi tu, na emigracji, zostaje zamkniętych przed kapłanem. Bolesne to ale prawdziwe. Oto wcale nie sielski obraz życia rodzin w parafii.Emigracja jest wielką próbą dla naszej wiary, a taka wizyta ma stawać się rzeczywistym ubogaceniem zarówno dla domowników jak i duszpasterzy. Dziwny to ten nasz emigracyjny „narodek”. Przypomniała mi się sytuacja, kiedy na początku grudnia do rektoratu PMK w Niemczech zgłosił się Niemiec z zapytaniem: „gdzie można kupić polski opłatek...” Słyszał o pięknej, polskiej tradycji dzielenia się przy wigilijnym stole właśnie opłatkami. To mu zaimponowało. Przed świętami Bożego Narodzenia wysłaliśmy paczką - serdeczne życzenia do znajomych lub zaprzyjaźnionych z nami Niemców. Otrzymaliśmy kilka telefonów; co mamy uczynić z „tym śnieżnobiałym płatkiem”?...” Nie znali symboliki tego gestu, ale nie pozostali obojętni wobec podarunku. Tłumaczyliśmy wszystkim, że w tym białym opłatku jest bliskość Boga, że jest to Boży chleb ukryty w Eucharystii, którym wierni posilają się na drodze do zbawienia. Byli nam wdzięczni za ten gest i obiecali, że spełnią nasze życzenie, dzielac się opłatkiem przy stole wigilijnym. A na tym stole u nich pieczona gęś, „wurst”, piwo, nade wszystko zaś wolą ten wieczór spędzić z przyjaciółmi w jakiejś restauracji. Co kraj to obyczaj. Zdarzyło się przed laty, że w jednym z większych miast Niemiec pastorzy ewangeliccy słysząc na spotkaniu adwentowym o tradycji łamania się opłatkiem, wprowadzili ten zwyczaj w swoich kościołach - rozdając opłatki w dzień Wigilii na zakończenie nabożeństwa.
Dobre i to. Nikt tu nie słyszał o tym, że zostawia się przy stole wigilijnym jedno wolne miejsce jako symbol otwartości domu dla spóźnionego gościa, którym może być jakiś zabłąkany podróżny, a może sam Jezus. Przypomnijmy sobie, że ongiś przyjmowano podróżnych oraz tułaczy widząc w nich wędrujących... aniołów. Pozostał w Niemczech zwyczaj zapalania lamp w oknach i to jest równie piękne, kiedy Wieczorem spojrzy się wokoło. A więc może jeszcze wszystko przed naszymi tu gospodarzami?
​W archiwach emigracyjnych na Zachodzie można znaleźć wiele cennych dokumentów jako przyczynek do historii naszego narodu. Jednym z nich jest kartka urzędowego papieru listowego z nagłówkiem: „Generalny Inspektor Sił Zbrojnych". Pierwszy Marszałek Polski Józef Piłsudski i jest to właśnie ostatnia wola wielkiego Polaka. Pismo atramentem jest nierówne i niezbyt wyraźne,przeważnie bez znaków przystankowych. Sprawia ono wrażenie pisanego w pozycji leżącej, w łóżku, a więc prawdopodobnie w ostatnim okresie choroby. Tekst jest bez daty. Na odwrocie kartki, w górnej części, wypisane ołówkiem ręką Marszałka słowa Na wypadek nagłej śmierci! Jak swego czasu zaznaczył Mieczysław Łepecki, kartka znaleziona została na biurku Marszałka, nazajutrz po jego śmierci. Miała ona bowiem charakter czysto osobisty i nie zawierała żadnych odniesień politycznych. Wiadomo, że po śmierci Marszałka" rozpowszechnione były szerokie oczekiwania, że Marszałek pozostawił po sobie jakiś testament polityczny, wymieniając nazwisko tego, w kim chciałby widzieć swojego następcę. Przypomnijmy, że wówczas rząd premiera Sławka postanowił nie publikować tego testamentu. Walery Sławek stał na stanowisku, że w przypadku wydrukowania tego tekstu mogą powstać różne przypuszczenia, a nawet podejrzenia, iż tekst ogłoszony mógł być niepełny i że Marszałek Piłsudski pozostawił po sobie pełny testament, zawierający również wskazania polityczne, i że jakieś czynniki chcą ową część polityczną ukryć i zataić. Zresztą Marszałkowa Piłsudska zgodziła się na zachowanie tego testamentu w tajemnicy, każąc jedynie sprawdzić u Juliusza Słowackiego cytaty i wyryć je na kamieniu nagrobnym na Rossie w Wilnie. Dokument został sfotografowany i'zrobiono z niego pięć odbitek. Jedną z nich zachowała wraz z oryginałem Marszałkowa Aleksandra Piłsudska, drugą złożono w Instytucie Najnowszej Historii Polski Trzecią miał śp Walery Sławek, czwartą śp. Aleksander Prystor, piąta odbitka jak mi wiadomo, znajduje się w Bibliotece Mazarin (Biblioteka Instytutu Francuskiego w Paryżu i to właśnie z niej pochodzi cytowany poniżej tekst. Przypomnę, że ostatnia wola Piłsudskiego opublikowana została po raz pierwszy w "Kulturze" nr 5/31 z 1950 roku i muszę zaznaczyć, że powyższe uwagi, które tu przedstawiłem pochodzą właśnie od redakcji "Kultury", do której to publikacji tak mało z nas miało w tamtych latach dostęp. We wspomnianym numerze „Kultury redakcja informuje, że wymienionej piątej odbitki fotograficznej nie ma już w Bibliotece Instytutu Francuskiego i warto byłoby dowiedzieć się dziś, gdzie się podziała (-). Warto też wiedzieć, że tekst ostatniej woli Marszałka zastał uwidoczniony na akcie o złożeniu serca Marszałka w urnie, znajdującej się, jak wiemy, w grobowcu na cmentarzu wileńskim. Oto treść tego aktu, który został wypisany na pergaminie przez Adama Półtawskiego: ...niech tylko moje serce wtedy zamknięte chowają w Wilnie, gdzie leżą moi żołnierze co w kwietniu 1919 roku mnie jako wodzowi Wilno jako prezent pod nogi rzucili... Niech dumne serce u stóp dumnej matki spoczywa. A oto treść ostatniej woli: Nie wiem, czy nie zechcą mnie pochować na Wawelu. Niech! Niech tylko moje serce wtedy zamknięte chowają w Wilnie, gdzie leżą moi żołnierze co w kwietniu 1919 roku mnie jako wodzowi Wilno jako prezent pod nogi rzucili.. Na kamieniu czy nagrobku wyryć motto wybrane przeze mnie dla życia - Gdy mogę wybrać, wybrał zamiast domu Gniazdo na skałach orla, niech umnie Spać gdy źrenice czerwone od gromu I słychać jęk szatanów w sosen szumie ... A zaklinam wszystkich co mnie kochali sprowadzić zwłoki mojej matki z Sugint Wiłkomirskiego powiatu do Wilna i pochować matkę (parę słów nieczytelnych). Niech dumne serce u stóp dumnej matki spoczywa. Matkę pochować z wojskowymi honorami, ciało na lawecie i niech wszystkie armaty zagrzmią salwą pożegnalną i powitalną, tak, by szyby w Wilnie się trzęsły. Matka mnie do tej roli jaka mnie wypadła chowała. Na kamieniu czy nagrobku Mamy wyryć wiersz z „Wacława" Słowackiego zaczynający się od słów: Dumni nieszczęściem nie mogą... Przed śmiercią Mama mi kazała to po kilka razy dla niej czytać. Tyle ów tekst. Przytoczone motta cytowane są przez umierającego Marszałka z pamięci i zawierają błędy. Jest to ustęp z XII pieśni Beniowskiego (przypisy zawarte w „Kulturze"): Kto mogąc wybrać, wybrał zamiast domu Gniazdo na skalach: Niechaj urnie (...) I drugi cytat pochodzi z XXVI pieśni Wacława; Pierwsze wiersza tej pieśni brzmią: Ty wiesz, że dumni nieszczęściem nie mogą Za innych śladem tą samą drogą. (..) Warto przypomnieć właśnie listopadowego dnia Święta Niepodległości, co czynię z wdzięcznością Redakcji paryskiej „Kultury".
grudzień 27, 2016

Nasz drogi Lwów

Niech inni sy jadu dzie mogu, gdzie chco.
do Wiednia, Paryża, Londynu,
a ja si zy Lwowa ni ruszam za próg,
ta mamciu, ta skarz mni Bógi
Bo dzie jest na świeci tak dobrze jak tu
Tylku wy Lwowi i...
A to już VIII Międzynarodowy Festiwal Kultury Kresowej odbywający się w Jarosławiu w dniach 9 -16 września, gromadzący rzesze Kresowiaków (i nie tylko), przybyłych ze wszystkich stron naszego kraju. Kresowiacy... jest ich już coraz mniej, odchodzą, ale nie odchodzi nasza pamięć o nich i o Kresach dawnej Rzeczypospolitej. Za czasów komuny ludzie ci musieli przeżyć okresy jakby odtrącenia, niechęci, a nawet wzgardy dla ludzkich losów. To bolesne, ale oni powtarzali sobie wówczas, że trzeba to przeczekać, to minie. Każdy okres przejściowy bywa bolesny, bo jest jak śmierć, śmierć pamięci. Jakże wielka w nich tęsknota za tamtymi krajobrazami tkwiącymi w splocie wspomnień, przeżyć, stawizmów dzieciństwa. Bywa, że czasami czujemy się bezradni wobec ich szlachetnego, a tak pogardzanego smutku wygnańców. Tego rodzaju policzków zadanych ludziom, ten świat zna więcej. Długo byii Kresowiacy kłopotem, ciężarem i trudem dla władzy. Tęsknota za tamtym straconym światem jednak nie spowszedniała. Powstawały związki i stowarzyszenia kresowiaków, ukazywały się pisma, książki, wystawy, wypijające do ostatniej kropli przebudzenia pamięć ludzką, żal za utraconym światem i tęsknotę. Tak zrodził się Festiwal Kultury Kresowej o międzynarodowym charakterze. Odbywa się on pod patronatem honorowym marszałka województwa podkarpackiego, finansowany ze środków budżetowych tegoż województwa, oraz ' gminy Jarosław. Organizatorem jest towarzystwo Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-wschodnich, przy współudziale licznych partnerów, sponsorów strategicznych oraz patronów medialnych. W tym roku program festiwalu był szczególnie bogaty. Były to wykłady Tomasz Kuby Kozłowskiego, który prezentował „Pięć oblicz Stanisławowa" (slajdy) oraz wystawa fotograficzna "Ziemia stanisławowska" a także prezentował twórców szlagierów rodem ze Lwowa: Friedwalda, Heschelesa, Springera, Szlechtera i Vogelfangera. Ponadto odbył się recital Macieja Wróblewskiego, znakomitego barda pieśni i piosenek „pełnych ojczyzny". Dalej: recital romskiej poetki i pieśniarki Teresy Mirgi z zespołem „Kale Bała", koncert zespołu „Chawira" z Krakowa. Recital ormiańskiej pieśniarki Aidy Kosojan-Przybysz wraz z zespołem, koncert Haliny Frąckowiak, koncert zespołu „Magda Brudzińska Kleszmer Trio", koncert Chóru Kameralnego A Capella Leopolis ze Lwowa, mini recital Dagmary Moskwy "Już mi raz zabrali Wilno". W ostatnim dniu Festiwalu publiczność wzięła udział w spotkaniu autorskim z prof. Stanisławem Sł. Nicieją. Spotkania odbywały się w Sali lustrzanej Centrum kultury i Promocji, Galerii Rynek 6, Miejskim Ośrodku Kultury oraz Cerkwi Przemienienia Pańskiego. Warto przy okazji poświecić kilka słów o tegorocznych gościach. i tak Tomasz Kuba Kozłowski jest pracownikiem Domu Spotkań z Historią i koordynatorem programu Warszawska lnicjatywa Kresowa", której celem jest popularyzacja wiedzy historycznej i kulturowej dziedzictwa Ziem Wschodnich l i ll Rzeczpospolitej. Macieja Wróblewskiego znamy z programów TV oraz Radia. Koncertował w .26 krajach Europy i Azji, w tym dwukrotnie na Kubie. O ile słuchali go widzowie w Rosji kilkakrotnie, na Litwie w Wilnie, to nigdy nie zaproszono go do Lwowa, co jest kwestią kuriozalna. Zapewne z tej racji, aby nie budził ojczyźnianych sentymentów pośród licznie tam obecnych Polaków (-). Teresa Mirga, cygańska poetka, pieśniarka, kompozytorka, była założycielką cygańskiego zespołu Czerne Włosy (Kale Bała), urodziła się w polskim Spiszu w cygańskiej osadzie w Czarnej Górze itam też do dziś mieszka. Wywodzi się z jednej z czterech grup cygańskich Cyganów Karpackich w Polsce. Haliny FrąckoWiak nie trzeba tu przedstawiać. To wielki talent pieśniarski. Aida Kosojsn-Przybysz jest z pochodzenia Ormianką. Tow jej karierze pomogła Katarzyna Gartner. Podczas studiów w Kijowie poznała Adama Przybysze, pobrali się i przyjechali do Polski. Ukończyła Wyższą Szkołę Gospodarki Narodowej w Kijowie, Współpracuje z zespołem Max Klezmer Band. Dalej Magda Brudzińska z zespołem Kleczmer Trio wykonującym wokalnoinstrumentalną muzykę klezmerska z tradycji Żydów Aszkenazyjskich, folku Europy centralnej oraz Bałkanów, Chór kameralny A' Cepelia Leopolis wykonujący muzykę różnych epok (od średniowiecza do klasycyzmu), działający od roku 2002. i wreszcie prof. Nicieja, historyk, biografista, długoletni rektor Uniwersytetu Opolskiego. Długa jest lista jego osiągnięć, jako historyka, pisarza i eseisty, jako członka Związku Literatów Polskich. Resumując, to właśnie od tych wykonawców biło światło, blask niczym oliwa na powierzchni morza pamięci. Pamięci o naszych Kresach. Dobrze, że pamięć przez te wszystkie lata nie stała się niemową. Może od tych paru dni liczni uczestnicy Festiwalu jeszcze uważniej i staranniej będą wpatrywać się w minione dni przeszłości, której trwają, są wtopione w niezmierzone obszary czasu niezapomnianego, a że czasami z łezką w oku, to nic, to przejdzie, gdyż znaleźliśmy jakiś szaniec obronny przed zapomnieniem.

Wybrane z galerii

Jarmark Benedyktynski Autor-Nata

Orsettich noca

Ratusz K.Mruk

Ratusz K.Muk

Urzędy i instytucje

Kościoły i parafie

Back To Top